Ta strona korzysta z plików cookies w celach statystycznych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Kliknij >>tutaj<< aby dowiedziec się więcej o plikach cookies.
 
E-mail

Bł. Leonid Fiodorow, egzarcha dla Rosjan grekokatolików

Egzarcha Leonid FiodorowLeonid Fiodorow urodził się w Petersburgu w niedzielę dnia 4. XI. 1879 r. w prawosławnej rodzinie. Ojciec jego, Iwan Fiodorowicz, Rosjanin, i matka Lubow Dmitriewna, z pochodzenia Greczynka, utrzymywali w dzielnicy miasta, zwanej „stroną petersburską", jadłodajnię, którą sami obsługiwali. Otoczony opieką rodziców, mały chłopczyk uczy się już w szóstym roku czytać i pisać. Od roku siódmego życia, według zwyczaju wschodniego, zaczął chodzić do spowiedzi. Mając lat jedenaście został oddany do II Gimnazjum. Po ukończeniu tego zakładu poszedł w 1901 r. na wyższe studia do prawosławnej Akademii Duchownej w Petersburgu.

W owych czasach wśród inteligencji rosyjskiej budziły się żywe zainteresowania kwestiami religijnymi. Zawiązało się Towarzystwo religijno-filozoficzne, w którym znalazło się wszystko, co niezadowolone z ustroju cerkwi urzędowej i szukało nowych dróg dla myśli religijnej, czasami aż nadto liberalnych. Utwory filozofów i teologów rosyjskich: Wł. Sołowiowa, M. Bierdiajewa, braci książąt Trubeckich, prof. Łosskiego i innych, wpływy Chomiakowa i Dostojewskiego nadawały kierunek w rozpatrywaniu niejednego zagadnienia politycznego, narodowego, religijnego. Przeciw racjonalizmowi Lwa Tołstoja z żywym słowem do szerokich mas inteligencji występował archimandryta Michał, docent prawosławnej Akademii Duchownej w Petersburgu (potem biskup staroobrzędowców). Kwestia ustosunkowania się do katolicyzmu nie była też pomijana. Pontyfikat Leona XIII z jego wiekopomną encykliką Orientalium dignitas z 1894 r. (ukazała się i po rosyjsku) wzbudzał zainteresowanie. Wśród inteligencji rosyjskiej powstała myśl nawiązania kontaktu z duchowieństwem prawosławnym i katolickim, ażeby działać w duchu zbliżenia kultur i Kościołów. Zebrania towarzyskie „z herbatką", z odczytami oraz dyskusją, odbywały się w różnych domach jeszcze przed ogłoszeniem ukazu tolerancyjnego 1905 r., kiedy na katolicyzm patrzano w Rosji tylko jako na „wiarę polską”. W Petersburgu można było patrzeć nieco szerzej. W kościele św. Katarzyny na Newskim głoszono przecież kazania w kilku europejskich językach i wielu Rosjan mogło się przysłuchiwać tym kazaniom. Na początku bieżącego stulecia w jednym z punktów, gdzie młodzież rosyjska mogła się zetknąć z katolicyzmem, było mieszkanie ks. Jana Ścisławskiego, w latach 1901— 1905 proboszcza kościoła św. Katarzyny. Wśród studentów wyższych uczelni, którzy się u niego zbierali, był i Leonid Iwanowicz. Dla niego, jak dla wielu innych, ks. Jan stał się duchownym ojcem, przyjacielem i opiekunem. Autor tych wspomnień miał zaszczyt także poznać ks. Ścisławskiego przy okazji nabożeństwa za ś. p. Leona XIII (1903 r.) i wtedy dowiedział się o istnieniu Leonida Fiodorowa, już jako katolika, odbywającego studia zagranicą.

Roztropność bowiem wskazywała, by oficjalny akt przyłączenia do Kościoła przekonanego już do prawdziwości katolicyzmu studenta prawosławnej teologii odbył się za granicami Rosji. W tym celu ks. Ścisławski przyjechał z Fiodorowym do Rzymu latem 1902 r. W dzień św. Ignacego Lojoli, 31 lipca, Leonid składa wyznanie katolickiej wiary w kościele al Gesú. Ks. Ścisławski otrzymuje audiencję u Leona XIII i przedstawia papieżowi młodego konwertytę, w którego duszy rozwijała się już wielka myśl apostolatu wśród braci w Rosji. Leon XIII kieruje L. Fiodorowa do założonego przez siebie seminarium w Anagni (60 km od Rzymu), zwanego dlatego „Leonianum". Metropolita Andrzej Szeptycki, który wówczas był także w Rzymie, wystarał się u Ojca św. o stypendium na pobyt Leonida w tym instytucie. Jako Leonid Pierre, zaczyna jako kleryk 20 października 1902 r. pod kierunkiem ojców Jezuitów swe studia filozoficzne. Do 1905 r. przezwycięża pilnością i pracowitością wszystkie trudności i z odznaczeniem otrzymuje tytuł laureata filozofii. W czasie studium w Anagni nie spuszcza oka ze swej ojczyzny. Z ulubionym profesorem o. Fabri studiuje niektóre klasyczne utwory teologów rosyjskich, które tłumaczy na język włoski.

W sierpniu 1903 r. był on w Rzymie podczas elekcji Piusa X i miał sposobność obserwowania uroczystości koronacyjnych w bazylice św. Piotra. Chwile te wywarły nań olbrzymie wrażenie i potem wspominał ja z zachwytem. Ale już wtedy, zdając sobie sprawę z wartości rodzimego wschodniego obrządku, postanowił go zachować (taką była myśl Leona XIII), uważał go bowiem za konieczny dla swego apostolstwa w Rosji. W tym względzie nie dał się skłonić żadnym przeciwnym radom ani perswazjom, a w trudnościach zawsze znajdował pociechę i pomoc u metropolity Szeptyckiego oraz u staruszka kapłana italo - albańczyka don Franco. Zdawał sobie sprawę z trudności i niebezpieczeństw w razie podjęcia się pracy apostolskiej w Rosji i proroczo wyrażał się w rozmowie z kolegami, że czekają go w ojczyźnie Sybir i więzienia, do czego też w swoim życiu wewnętrznym stale się przygotowywał. Jego ówcześni koledzy wspominają o wielkich jego umartwieniach. Zapytywany, czy uważa, że bliskim jest zjednoczenie Kościoła rosyjskiego z Rzymem, zwykle odpowiadał: La Russia non si convertira che passando per mar rosso di sangue di suoi martyri e per molte sofferenze di suoi apostoli (Rosja nie nawróci się inaczej, jak przechodząc przez morze czerwone krwi swoich męczenników i przez wielkie cierpienia swych apostołów).

Przykrości zaczęły się dlań już we Włoszech, albowiem pomimo pseudonimu ambasada rosyjska w Rzymie wiedziała o pobycie Leonida Fiodorowa w „jezuickim" seminarium i dała mu do zrozumienia, że jeśli pozostanie nadal u Jezuitów, zamknie sobie możność powrotu do ojczyzny. Nie pomogły interwencje o. Baille'a i francuskiego ambasadora. W 1907 r. Leonid otrzymuje tytuł bakałarza teologii i z uczuciem przywiązania do ojców Towarzystwa Jezusowego i z żalem opuszcza Leonianum. „Pobyt w nim - tak pisał w jednym z swych listów do ks. metropolity Szeptyckiego - podnosił mnie na duchu i dał zaczerpnąć nowych energii... Bizantyjska obojętność i bierność wobec złego przerodziły się u mnie w katolicko-rzymskie „pereat mundur - fiat iustitia…”. Z tego też punktu widzenia patrzyłem na obrządkowe niesnaski w Kościele i na niesprawiedliwe nieraz stanowisko łacińskich wiernych wobec wschodnich. I powstało we mnie pragnienie pracy i walki, by nawet za cenę własnego życia torować drogę dla praw i dla apostolstwa Wschodu”.

W listopadzie 1907 r. Leonid zostaje przyjęty do kolegium Propagandy w Rzymie. Przedtem podczas wakacji letnich bierze udział w pierwszym kongresie welehradzkim (na Morawach), występując pod pseudonimem Teodora Leonini. Zostaje nawet wybrany do komisji, która miała starać się o wprowadzenie w życie uchwał kongresu. W tymże roku, z okazji 1500-lecia od śmierci św. Jana Chryzostoma, bierze udział w Liturgii św., która w obecności św. Piusa X została odprawiona w Watykanie przez patriarchę melchickiego Cyryla VIII Geha w otoczeniu sześciu wschodnich hierarchów i dwudziestu kapłanów. Wśród biskupów znajdował się i metropolita Szeptycki. Leonid pełnił przy tej celebrze funkcje subdiakona.

Ambasada rosyjska nie dawała Fiodorowowi spokoju i w Rzymie. Aby się jej z oczu usunąć, opuszcza Włochy w czerwcu 1908 r. i udaje się do Szwajcarii, by pod pseudonimem Antoniego Cremona kończyć ostatni rok teologii w Fryburgu.

Po ukończeniu studiów w jesieni 1909 r. Leonid przyjechał do Lwowa. Tam obejmuje stanowisko prefekta i profesora w filozoficznym instytucie Studytów przy ul. Piotra Skargi, gotując się na przyjęcie kapłaństwa.

ks. Aleksy ZierczaninowTymczasem nad Newą próbowano zorganizować grupę katolików obrządku wschodniego. W r. 1907 osiedlił się w Petersburgu ks. Aleksy Zierczaninow, od r. 1896 katolik, który jednak zmuszony był zadawalać się odprawianiem Liturgii św. w swoim ciasnym mieszkaniu przy ulicy Połozowej. Ks. Metropolita Szeptycki, posiadający w swoim tytule także tytuł biskupa Kamieńca Podolskiego, uzyskał od papieża św. Piusa X upoważnienie zorganizowania i wzięcia pod swoją jurysdykcję katolików wschodnich w Rosji. On udzielił pełnomocnictw Zierczaninowowi. Liczył oczywiście także na pracę gotowego do poświęceń Fiodorowa, nie spiesząc się wszakże z jego wysłaniem do Rosji. Potrzebował go jeszcze we Lwowie, gdzie poczęli gromadzić się inni konwertyci z Petersburga. Dopiero w r. 1911 postanowił wyświęcić Leonida na kapłana. Lecz aby mu swym nazwiskiem nie przysporzyć trudności na przyszłość, wysyła go po święcenia gdzieindziej, mianowicie do Konstantynopola, gdzie Fiodorow otrzymuje kapłaństwo z rąk biskupa bułgarskiego Michała Mirowa. Jako kapłan powraca o. Leonid do Lwowa.

W Petersburgu przed wschodnim obrządkiem poczęły się piętrzyć trudności. W prawdzie na Wielkanoc 1909 r. na poddaszu w domu, w którym mieszkał o. Zierczaninow, została otwarta publiczna kaplica pod firmą „cerkwi staroobrzędowców uznających władzę papieża”, wszakże nie mogła uzyskać formalnego uznania ze strony rządu, wskutek tego nie można było utworzyć formalnej parafii wschodniego obrządku. Pomimo ukazu tolerancyjnego z 1905 roku niemiało być miejsca dla wschodniego katolicyzmu. Bądź co bądź pod opieką panny Natalii Uszakowej, krewnej potężnego Stołypina, nabożeństwa na Połozowej były przynajmniej tolerowane. Po paru latach kaplica została przeniesiona do wygodniejszego lokalu przy ulicy Barmalejewej, gdzie odprawiał o. Jan Deubner, podczas gdy Zierczaninow mieszkał przy kościele św. Katarzyny. Obrazy do tej kaplicy malowała pani Lubow Dmitrijewna, matka o. Leonida. Lecz w roku 1911 wpadł do kaplicy niespodziewanie podczas nabożeństwa prawosławny biskup Nikander, zrobił awanturę, a potem wystarał się u władz o opieczętowanie unickiej kaplicy. Szczęściem można się było do niej przedostać przez kuchnię przyległego mieszkania, którędy też chodziła dalej na nabożeństwa wtajemniczona publiczność. W takich warunkach było jeszcze przedwczesnym dla ks. Fiodorowa powracać do ojczyzny.

o. LeonidAżeby lepiej przygotować się do przyszłej pracy w Rosji, o. Leonid wstąpił w maju 1912 r. do zakonu Studytów. Dla odbycia nowicjatu został wysłany do Kamienicy w pobliżu Prnjavora w Bośni. W styczniu 1913 r. otrzymał „rjasę i postrig" z rąk starca o. Jozafata i przyjął zakonne imię Leoncjusz. Nowicjat miał trwać trzy lata, lecz już w lipcu 1914 wybuch wojny Austrii z Rosją zmusił go, jako Rosjanina, do opuszczenia Bośni i powrotu do swojego kraju. Chociaż wyjechał przed ukończeniem próby, uważał siebie zawsze za należącego do tego zakonu. W tymże czasie był w nowicjacie o. Klemens Szeptycki, brat metropolity. Jak podczas studiów, tak i w nowicjacie o. Leonid wyróżniał się gorliwością apostolską, pobożnością i zamiłowaniem Liturgii. Był wzorem na wszystkich nabożeństwach, głównie zaś podczas Mszy św. Widok jego, jak odprawiał liturgię, był nauką głębokiej wiary i prawdziwej ascezy. Odznaczał się też radosną pokorą i cierpliwością. Często polecano mu paść należącą do klasztoru trzodę; potem wesoło opowiadał o swoich przygodach wynikających z tego zajęcia. Był lubiany przez wszystkich, w klasztorze i przez lud. Jako spowiednik umiał pouczać penitentów, dodawać im sił i ufności w Bogu.

Powracającego do Petersburga o. Fiodorowa powitały władze polityczne podejrzliwością. Uznano w nim „sekretarza metropolity Szeptyckiego", poczytywanego za nader niebezpiecznego dla imperium carów i jako takiego zesłano administracyjnie młodego kapłana na osiedlenie do Tobolska na Syberii. Zaczęły się lata wygnania.

W trudnych warunkach życia, zmuszony ukrywać swoją godność kapłana wschodniego obrządku, o. Leonid w Tobolsku ciężko zachorował na reumatyzm nóg Ażeby przynieść mu ulgę i zabezpieczyć opiekę, posłano mu z Petersburga pomoc pielęgniarską w osobie katoliczki p. K.N.P., która mogła sama zarabiać na życie i pomagać choremu. Na jej imię można było posyłać pieniądze, zebrane w Petersburgu i paczki z żywnością, dzięki temu zdrowie o. Leonida poprawiło się. Udało się nareszcie znaleźć dobrych ludzi na miejscu, a K. N. P. powróciła do Petersburga.

Ze swojego wygnania o. Leonid pokrzepiał tych, którzy pozostawali w stolicy. Wielką podporą dla nich była pomoc ks. kanonika Zygmunta Łozińskiego, późniejszego biskupa, podówczas proboszcza tak zwanego kościoła „maltańskiego", przy korpusie paziów. On to przygarnął u siebie grupę katolików rosyjskich, którzy w myśl Rzymu i ojca Leonida pragnęli zachować wschodni obrządek bez zmian. Sumę w kościele maltańskim naprzemian odprawiano w łacińskim i grecko-słowiańskim obrządku. Ażeby ułatwić zrozumienie tej ostatniej Mszy, ks. Zygmunt Łoziński wydał własnym kosztem krótkie jej objaśnienie w języku polskim. Liturgię wschodnią odprawiał o. Wierchowski, pomagał mu o. Diodor Kołpiński. Grupa kapłanów katolickich wschodniego obrządku w stolicy zwiększyła się o trzech wyświęconych Rosjan: Gleba Wierchowskiego, Trofima Siemiackiego i Diodora Kołpińskiego. Z tymi wszystkimi kapłanami, a pośrednio z grupą wiernych pozostawał o. Leonid z dalekiego Tobolska w listownych stosunkach. Interesował się także wydawanym przez nich w Petersburgu rosyjskim pismem katolickim Słowo Istiny, zasilając je swym piórem.

Nastąpiła rewolucja marcowa 1917 r., niosąc wolność wygnańcowi tobolskiemu. O. Leonid powrócił tedy do Petersburga. Uwolniony został także z ostatniego swego miejsca wygnania, Jarosławia nad Wołgą, ks. metropolita Szeptycki.

O. Leonid powrócił przed świętami Wielkiej Nocy i w „otwartej" już cerkwi przy ulicy Barmalejewej została odprawiona uroczysta jutrznia i Liturgia Zmartwychwstania Pańskiego. Celebrował o. Fiodorow (metropolita był chory), koncelebrowali księża Deubner, Wierchowski i Kołpiński; uczestnikiem naszej radości jako gość był również uwolniony z zsyłki ks. biskup Ropp. Tej liturgii, tego nastroju podczas niej oraz podczas czytania przez o. Leonida kazania św. Jana Złotoustego nikt z obecnych wtedy nigdy nie zapomni. W cerkiewce na Barmalejewej, jak niegdyś w pierwotnej gminie jerozolimskiej, czuło się jakby wszystkich przenikała wspólna radość z powodu Święta Zmartwychwstania i z powodu wolności, jaką otrzymała wiara katolicka, wreszcie z powodu uwolnienia tych, co dla niej cierpieli. Wkrótce stało się wiadomym, że o. Leonid ma objąć zwierzchnictwo nad organizującym się kościołem katolicko-rosyjskim. Świadomi swej przeszło tysiąc lat trwającej historii chrześcijaństwa, my, Rosjanie katolicy, czuliśmy się uszczęśliwionymi, że będziemy mogli zacząć nową kartę w historii Kościoła Powszechnego. Naszym zadaniem było pokazać życiem liturgicznym, że dla nas droga do apostolskiego Rzymu leży nie w latynizacji, ale w zachowaniu ducha i starożytnych form kościoła wschodniego, który dał Rosji wiarę i kulturę i który przez niektórych swoich świętych uznawał zwierzchnictwo św. Piotra i jego następców.

W celu zorganizowania naszego młodego kościoła, ks. metropolita Szeptycki zarządził naprędce zebranie się w Sankt Petersburgu Eparchialnego Synodu greckokatolickiego Kościoła. Synod ten trwał trzy dni od 29 - 31 maja 1917 roku, odbywając swe posiedzenia w jednej z sal gimnazjum męskiego przy kościele św. Katarzyny. Oprócz metropolity brało w nim udział ośmiu miejscowych kapłanów wschodniego obrządku, mianowicie: Leonid Fiodorow, Aleksy Zierczaninow, Jan Deubner, Gleb Wierchowski, Trofim Siemiacki, Diodor Kołpiński, E. Susalew i świeżo przez Metropolitę wyświęcony w kościele maltańskim o. Włodzimierz Abrikosow z Moskwy. Postanowienia Synodu zawarte w 68 paragrafach zmierzały do tego, by ułatwić katolicyzmowi wschodniemu szerokie pole oddziaływania na ludność prawosławną. Chodziło o to, ażeby stworzyć atmosferę wzajemnego zaufania, przy uznaniu zwierzchnictwa i autorytetu Stolicy Rzymskiej, uchwalono za konieczne zachowanie wschodniego grecko-słowiańskiego obrządku. Egzarcha Leonid FiodorowW swych orzeczeniach Synod określił cechy duszpasterskiej działalności duchowieństwa, zakładał fundamenty liturgicznego życia ludzi świeckich. Egzarchą, tj. jakby namiestnikiem metropolity, został już mianowany o. Leonid; jurysdykcja jego miała się rozciągać na cały obszar Rosji z wyłączeniem wszakże Ukrainy i Białorusi. Rozdział Kościoła od państwa był uznany za pożądany, uznano też za konieczność legalnego ujawnienia wobec państwa nowej gałęzi Kościoła. Wysoki poziom dążeń do osiągnięcia nadprzyrodzonego ducha został wyrażony w kilku paragrafach, w których polecono też „prosić Pana żniwa Chrystusa, ażeby darował Kościołowi jak najwięcej świętych, apostołów, męczenników i wyznawców, ażeby uskuteczniło się zjednoczenie wszystkich chrześcijan na naszej ziemi ze świętym Kościołem Powszechnym" oraz „nieść pomoc braciom w Chrystusie, kapłanom innych obrządków”. W szczególności wyraźnie polecono kapłanom wschodnim dbać o odprawianie nabożeństw bogobojnie, estetycznie i ściśle liturgicznie oraz z ewangeliczną prostotą nauczać wiernych pobożności".

Błogosławiony Leonid FiodorowDziałalność aktualnie błogosławionego Leonida Fiodorowa i jego grupy pod duchowym przewodnictwem sługi Bożego metropolity Andrzeja Szeptyckiego w ustawicznym kontakcie z Watykanem jest jednocześnie genezą nowego obrządku liturgicznego w łonie Kościoła Katolickiego, obrządku św. Pius X: Nec plus, nec minus, nec aliterzw. synodalnym, który praktykowała wtedy i teraz Cerkiew Rosyjska. Nec plus, nec minus, nec aliter. Tymi słowami papież św. Pius X odpowiedział na pytanie Natalii Siergiewnej Uszakowej, rosyjskiej arystokratki, arystokratka Natalia Siergiewna Uszakowazadane przez nią w czasie audiencji, na której zechciał ją przyjąć na początku 1911 roku; przedstawiając Ojcu świętemu sytuację rosyjskiej katolickiej grupy w Petersburgu, prosiła o wskazanie, czy rosyjscy katolicy mają się ściśle trzymać istniejącego w Rosji obrządku „synodalnego”. Prawie w tym samym czasie watykański sekretarz Stanu, Merri del Val, tymi samymi słowami dał instrukcję polskołacińskiemu duchowieństwu w Rosji o zakazie wnoszenia jakichkolwiek zmian do obrządku Katolickiej Cerkwi Rosyjskiej.

Bo istniały trzy możliwości:

a) przyjąć obrządek łaciński. Jednak dla Rosjanina równałoby się to ze zdradą własnego narodu, a poza tym obrządek łaciński był obcy psychice pobożnego wyznawcy Prawosławia.

b) przyjąć obrządek unicki w formie, która istniała w Galicji. Był to jednak obrządek nie lubiany przez Rosjan, jako zlepek tradycji wschodniej i zachodniej.

c) pozostać przy tym obrządku, w jakim zostali ochrzczeni i wychowani, tzn. przy czystym obrządku bizantyjsko-słowiańskim w wersji rosyjskiej.

Tak więc decyzją Watykanu została wybrana trzecia możliwość – zachowanie własnego obrządku. Obrządek ten nazywa się niekiedy synodalnym. Pochodzi to stąd, że w roku 1700 Piotr I zniósł patriarchat moskiewski i dla zarządzania Cerkwią rosyjską ustanowił podległy sobie Święty Synod. Pod wpływem dekretów liturgicznych tego Synodu obrządek bizantyjsko-słowiański nabrał cech liturgicznych właściwych narodowej Cerkwi Rosyjskiej. I taki to właśnie obrządek praktykowali pierwsi katolicy Rosjanie.

Księża MarianieGdy po Rewolucji Październikowej emigranci Rosjanie w Harbinie w Mandżurii przyjmowali jedność z Kościołem Katolickim (rok 1927), też trzymali się obrządku bizantyjsko-słowiańskiego w wersji synodalnej. Duszpasterstwo tam na życzenie papieża Piusa XI prowadzili Księża Marianie.

Jednocześnie, po roku 1918, w granicach Polski Niepodległej, na terenie byłego zaboru rosyjskiego, rozwijał się analogiczny ruch prokatolicki. Szereg dawnych parafii unickich (zlikwidowanych podczas zaborów i obsadzonych przez duchownych prawosławnych) pragnęło przyjąć jedność z Kościołem Katolickim. W parafiach tych zachowywano obrządek taki, jaki praktykowały one wówczas, tzn. w wersji synodalnej. W Polsce nazwano to Neounią.

Błogosławiony Leonid FiodorowTak więc od Petersburga i Moskwy poprzez Harbin i Podlasie (aktualnie tylko w Kostomłotach) obrządek ten praktykuje emigracja Rosyjska i białoruska na Zachodzie i po upadku komunizmu powstający jak feniks z popiołu Kościół greckokatolicki w Rosji i na Białorusi, czemu patronuje z pewnością Męczennik za ten obrządek, bł. Leonid Fiodorow, studyta (wspomnienie 7 marca) wyniesiony do chwały ołtarzy przez Jana Pawła II.

Po krótkim pobycie przy kościele św. Katarzyny o. Leonid, już jako egzarcha, zamieszkał stałe na "stronie piotrogrodzkiej" (na rogu ulic Podrezowej i Małego prospektu), niedaleko od cerkiewki. W tymże domu o piętro wyżej było mieszkanie p. K. N. P. i jej córki i dwóch zakonnic wschodnich. Jedna z nich, b. frejlina przy dworze cesarza, zarabiała na utrzymanie w Bibliotece Narodowej. Swoją działalność egzarcha od razu skierował na wewnątrz, na podwładnych mu wschodnich katolików i na zewnątrz, nawiązując stosunki z klerem prawosławnym. Za Rządu Tymczasowego jako przedstawiciel wschodniego Kościoła, bierze udział w pracach Komisji dla spraw Kościoła katolickiego w Rosji, której przewodniczącym był prof. Kotlarewski. Komisja ta obradowała od kwietnia 1917 roku do rewolucji bolszewickiej. W październiku tegoż roku przy ministrze wyznań A. W. Kartaszewie Kościół katolicki obrządku grecko-słowiańskiego, kanonicznie zorganizowany przez synod 1917 r., został zalegalizowany również wobec państwa.

W celu zbliżenia społeczeństwa rosyjskiego do katolicyzmu założony został przy udziale Egzarchy Fiodorowa Związek Powszechnego zjednoczenia kościelnego. Mieli doń należeć kapłani obu wyznań: prawosławnego i katolickiego, by lepiej poznać się wzajemnie przez bezpośrednie zetknięcie. Związek wzywał „wszystkich w imię Chrystusa, w imię Ducha do wielkiego, wysiłku pracy twórczej celem Urzeczywistnienia jedności Kościoła". Ks. metropolita E. Ropp i Ks. biskup J. Cieplak również popierali tę ideę swoją obecnością na zebraniach. Statut Związku został uchwalony 18 stycznia 1918 r. Jednocześnie zakładano ściśle katolickie Towarzystwo św. Jozafata, ażeby skupiać i koordynować pracę unijną w Rosji. Praca ta powinna być prowadzona w duchu miłości i prawdy. Według szerokiej ideologii Stolicy Apostolskiej. Ostatnim terminem dla zgłaszania się członków fundatorów miał być dzień św. Piotra i Pawła 29. VI. 1918 r. Egzarcha bierze w tym dziele czynny udział. Podobnie jak w 1917 r. tak i w r. następnym Egzarcha celebruje w cerkiewce przy ul. Barmalejowej nabożeństwa Wielkiego Tygodnia i Wielkiej Nocy.

Procesja Bożego Ciała w PetersburguW rocznicę synodu, 30 maja 1918 r. odbyła się z kościoła św. Katarzyny wspaniała procesja Bożego Ciała. Stolica nadnewska po raz pierwszy patrzyła na taką manifestację katolicyzmu. Procesja przeszła przez Newski Prospekt Litiejny Prospekt aż do cmentarza na ”stronie wyborgskiej" za Newą. Najśw. Sakrament niósł Ks. metropolita Ropp, około baldachimu szedł ks. biskup Cieplak. Oprócz duchowieństwa łacińskiego szli kapłani wschodni z o. Leonidem na czele. Uroczyste skupienie i duchowa radość towarzyszyły tej procesji. Z uszanowaniem spotykały procesję tłumy ludności stołecznej około Litiejnego mostu uderzono w dzwony w cerkwi prawosławnej. W zwartych szeregach, w tym słonecznym dniu, szedł cały katolicki Sankt Petersburg, łącząc różne narodowości i dwa obrządki.

Procesja Bożego Ciała była jednak jakby jerozolimskim „Hosanna" przed bliskim „Ukrzyżuj". Już 22 maja 1918 r. Kuria arcybiskupia, podobnie władze cerkwi prawosławnej, otrzymała zawiadomienie od Narkomjusta (komisariatu sprawiedliwości) w Moskwie o naradach, mających ustalić sposób przeprowadzenia rozdziału Kościoła od państwa. Wobec tego odbyło się w Piotrogrodzie , kilka zebrań księży katolickich w celu omówienia sposobów porozumienia się z rządem sowieckim. O. egzarcha Fiodorow niejednokrotnie usiłował osiągnąć zrozumienie rządu dla katolickiego punktu widzenia. Z jego inicjatywy nawiązano także kontakt z władzami cerkwi prawosławnej w celu wszczęcia u rządu wspólnych kroków o rewizję zamierzonych zarządzeń. Zanim jednak pertraktacje dobiegły do końca ukazały się przepisy rządowe z dnia 24 sierpnia 1918 r., zarządzające konfiskatę wszelkiej własności kościelnej. Budynków i rzeczy koniecznych dla kultu rząd obiecywał użyczyć, już jako „własności ludowej”, na odpowiedzialność „dwudziestek", t. j. tyluż obywateli, tworzących komitet parafialny.

Nie chcąc doprowadzić do jawnych zatargów, ks. metropolita Ropp pozwolił na utworzenie takich komitetów parafialnych, ale przy proboszczach oraz ustalił skład komitetu centralnego przy osobie arcybiskupa. To nie zadowoliło rządu sowieckiego i metropolitę aresztowano. Równocześnie odebrano kościołom prawo prowadzenia ksiąg metrykalnych, przekazując je urzędom świeckim (ZAGS). Jeszcze wcześniej, bo już w styczniu 1918 r., zabroniono nauczania religii w szkołach.

Rozporządzenie rządu dotarło i do cerkiewki Zesłania św. Ducha na Barmalejewoj. Powołując się na prawo kanoniczne, o. Leonid, jak i Kościół łaciński, nie przyjął dekretów w sprawie własności kościelnej. Kościół katolicki od razu zajął jedną wspólną pozycję.

Bolszewicy wobec klęsk żywiołowych, głównie głodu, widząc tę jedność Kościoła katolickiego, skierowali się ku Kościołowi prawosławnemu. Władza patriarchy, który niby monarcha w cerkwi był ostoją narodowych tradycji, była im solą w oku i przeszkodą w akcji nad odchrześcijanieniem kraju. Rzucono hasło „kościoła proletariackiego", tak zwanej „Żywej, czerwonej cerkwi". W Petersburgu popi Kraśnickij i A. Wwiedienskij, w Moskwie biskup Antonin i kapłan Albiński i inni, nawet biskupi, idąc śladami cara Piotra I, dążyli do zniesienia patriarchatu. Bolszewicy zaczęli napierać coraz więcej.

Rok 1919 jest jakby przygotowaniem do decydującej walki o religię. W 1920 bolszewicy, zajęci wojną z Polską, mniej napierali na froncie religijnym. Traktat ryski, zawarty w czerwcu 1921 r., gwarantował w art. 7. wolność religijną w Sowietach Polakom, którzy stanowili większość katolików. Strona polska wszakże przepuściła klauzulę, że tę wolność należy rozumieć w ramach ustawodawstwa wewnętrznego każdego z państw, co właściwie redukowało wolność religijną w Sowietach do zera.

Co robi w tym czasie o. Leonid? Przez kilka tych lat pozostawania na wolności głoduje jak zwyczajny obywatel państwa Sowietów, nawet gorzej, bo jest pozbawiony żywnościowej serii A (dla robotników i urzędników), która dawała możność dostać co dzień trochę więcej chleba i od czasu do czasu mięsa, cukru i masła... „Głoduję - pisał sam w jednym liście w r. 1922 - tak, że trzęsą się mi ręce i kolana, muszę rąbać drzewo, łamać parkany na opał, wozić taczki i sanie z ciężarem i ze śmieciami, pracować w ogrodzie i pilnować pól po nocach... Tylko miłosierdziem Bożym mogę sobie wyjaśnić, żem jeszcze nie umarł i nie stał się zupełnie nieużytecznym pomimo anemii i reumatyzmu, który mnie zjada jak szczur stare drzewo... Zmęczeni, oberwani, my „ritus graeci", musimy chodzić i prosić pomocy...”.

Musiał tak pracować na siebie i ażeby pomóc tym, którzy byli jeszcze słabsi od niego fizycznie, a pozostawali pod jego opieką. Wśród takich warunków o. Leonid nie przestaje być apostołem Jedności Kościoła. Otrzymuje zaproszenia na zjazdy, dysputy, odczyty dla duchowieństwa prawosławnego i to za wiedzą i błogosławieństwem patriarchy Tychona. Ta forma apostolatu przenosi się do kościoła św. Katarzyny. W sali byłej biblioteki klasztornej ks. prałat Budkiewicz i ks. Chodniewicz oraz o. Leonid organizują w latach 1920-1922 odczyty w języku rosyjskim; główny udział biorą w nich Rosjanie katolicy. Sam o. Leonid w jeden z tych poniedziałków miał odczyt o Unii, mówił „dobrze i łagodnie", tak, że mógł pozyskiwać słuchaczy. Za ten okres czasu pozyskuje on dla Kościoła dwóch kapłanów prawosławnych: P. E. i E. A., którzy później powiększą listę zesłańców za wiarę.

Z powodu różnych przyczyn natury polityczno - narodowościowej, potwierdzenie przez Rzym nominacji ojca Leonida na egzarchę nastąpiło dopiero w 1921 r. Pierwszego marca tegoż roku Benedykt XV mianował go także protonotariuszem apostolskim ad instar.

Ostatnim uroczystym świętem, w którym występował egzarcha, był jubileusz 50-lecia kapłaństwa ks. A. Zierczaninowa. Po Liturgii odprawionej przez jubilata w kościele św. Katarzyny o. Leonid wygłosił kazanie.

Pomimo zapewnień o wolności religijnej w Sowietach, rok 1922 stał się dla Kościoła przełomowym. Dekret 3. I. 1922 r., uzupełniający rozporządzenia z dniem 23 stycznia 1918 r., zabraniał nauczania religii nawet w kościołach i innych budynkach duchownych lub w domach prywatnych: Formalnie zakaz nauczania odnosił się do dzieci i tych, którzy nie ukończyli 18 lat, nauczanie zaś przedmiotów teologicznych było dozwolone w specjalnych zakładach, żadnych jednak tego rodzaju zakładów nie można było otworzyć, bo nie było gdzie. Dnia 27 grudnia tego roku został wydany dekret, zarządzający zabranie z kościołów, cerkwi itd. wszystkich przedmiotów wartościowych niby na walkę z głodem. Wszelkie instancje, by uchronić od tej grabieży przynajmniej przedmioty konsekrowane, poczytywano za czyn kontrrewolucyjny. Wyniknęły różne procesy przeciwko duchowieństwu prawosławnemu, katolickiemu i świeckim, którzy usiłowali bronić swych świętości. Że Sowietom nie tyle chodziło o głodnych, ile o walkę z Kościołem, najlepiej dowodzi fakt, że rząd sowiecki odrzucił ofertę Watykanu, gotowego zakupić święte przedmioty dla przekazania ich dawnym ich właścicielom. W tymże r. 1922, w związku z zatargiem o kontrakty najmu świątyń, zamknięte zostały w Piotrogrodzie wszystkie kościoły katolickie z wyjątkiem francuskiego. Życie liturgiczne ukryło się jakby w katakumbach, kapłani poczęli odprawiać Mszę św. w własnych mieszkaniach lub mieszkaniach zaufanych parafian. To samo musieli czynić i Egzarcha wschodniego obrządku i podlegli mu kapłani.

W tych strasznych czasach o. Leonid nie ustaje pracować jako apostoł: układa wielki i mały katechizm, biorąc za wzór katechizm św. Piusa X. a co do stylu i języka - najlepsze utwory prawosławne. W jednym z listów, wtedy napisanych, zdradza całą głębokość swej pokory: nabyte przez siebie cnoty cichości, cierpliwości, umiejętności przenikania do dusz innych nazywa tylko „virtus ex necessitate”. Obcowanie z ludźmi staje się dlań ciężarem, zamiast godności pasterza, pociąga go więcej cela mnicha. Lecz gdzie chodziło o spełnienie obowiązku, w myśl uchwał synodu z r. 1917, sankcjonowanych przez Rzym, o. Leonid nie umiał ustępować; nawet wyrzucał sobie, że nie umiał działać z ojcowską miłością, lecz tylko karać. Niestety, na Barmalejewej ulicy i u św. Katarzyny nie zawsze znajdował on należyty posłuch i to go bardzo bolało.

W noc z 2 /3 marca 1923 r. arcybiskup Cieplak, 14 księży petersburskich, w ich liczbie o. Leonid, otrzymali rozkaz stawić się na 5 marca przed trybunałem w Moskwie. Z Moskwy, korzystając jeszcze z ostatnich chwil wolności, pisał o. Leonid 7 marca list do metropolity Szeptyckiego, świadcząc, że pragnie być ofiarą i że jest przekonany, „iż gdyby się przelała nasza krew i przy tym w wielkiej ilości, to stanie się ona najlepszym fundamentem pod rosyjsko-katolicki Kościół".

Proces moskiewski, który odbywał się w sali byłego klubu szlacheckiego w dniach 21-25 marca 1923 r.. został opowiedziany szczegółowo w książce korespondenta amerykańskiego, kapitana F. Mac Cullagh'a. Oskarżonym zarzucano, że tworzyli tajną kontrbolszewicką organizację, że sabotowali dekret i rozporządzenia wykonawcze o rozdziale Kościoła od Państwa, że nauczali religii małoletnich, że sprzeciwiali się zabieraniu kosztowności kościelnych. Za długo byłoby tu streszczać cały przebieg procesu, a choćby tylko zeznania samego egzarchy Fiodorowa. Dość powiedzieć, że Egzarcha zrzekł się pomocy adwokackiej i sam się bronił, a bronił się dzielnie. Przemówienia jego nacechowane były otwartością, siłą logiki i godnością. Mówił jak szczery rosyjski patriota a zarazem przekonany syn Kościoła katolickiego. Dowodził, że sytuację bez wyjścia stworzyły dla kleru sprzeczne rozporządzenia władz sowieckich i niechęć ich do wejścia w położenia ludzi wierzących. Oznajmił, że nauczanie religii, zarówno małoletnich jak i dorosłych, jest świętym obowiązkiem kapłana i obowiązek ten on i nadal spełniać będzie w miarę możności. Prokurator Krylenko taką dał charakterystykę o. Fiodorowa w pierwszej swej mowie: „Jest to człowiek wybitny... góruje pracą, inteligencją... działa otwarcie, a działalność jego nie da się wytłumaczyć samym tylko fanatyzmem... Musimy go unieszkodliwić". Sam Egzarcha przewidując, że wyrok mimo wszystko będzie wydany i to surowy, tak mówił w swym ostatnim słowie: „Ze spokojem przyjmę wszystko, cokolwiek Bóg raczy na mnie zesłać... O ile Bóg Najwyższy raczy przyjąć w tę Palmową Niedzielę (ostatni dzień procesu) naszą ofiarę, o ile z naszych doczesnych cierpień ma dojrzeć ziarno dobre, które urośnie i da naszej ukochanej ojczyźnie, tak drogiej memu sercu, plon dojrzały, to życzyłbym tylko, by na podstawie obecnego doświadczenia kraj ten poznał, że wiara Chrystusowa i Kościół katolicki to nie organizacja polityczna, lecz społeczność zjednoczona w miłości. W tym widzę Opatrzność Bożą i wolę Bożą i w wierze tej przyjmę wszystko, cokolwiek ona mi ześle". Wyrok ogłoszono tegoż dnia. Skazywał on ks. arcybiskupa Cieplaka i prałata Budkiewicza na karę śmierci, a resztę księży na różne okresy więzienia. Egzarcha Fiodorow został skazany na pozbawienie wolności na lat dziesięć surową izolacją i z pozbawieniem praw na lat pięć. Skazanych przewieziono z powrotem do więzienia. Ks. Budkiewicz został rozstrzelany. Dla arcybiskupa Cieplaka, któremu karę śmierci zamieniono na więzienie i dla innych zaczęło się ciężkie więzienne wegetowanie. O. Leonida umieszczono w więzieniu w Sokolnikach pod Moskwą.

Papież Pius XI, poinformowany o tym sądzie, uczcił wszystkich zasądzonych przemówieniem na tajnym konsystorzu i protestował przeciwko bezprawiu. Jednocześnie wypowiedział swoją nadzieję, że „kaźń znoszona i krew przelana (ks. Budkiewicza) staną się nasieniem, z którego wyrosną liczni i znakomici wyznawcy, jak to było na początku chrześcijaństwa, nastąpi jedność Kościoła".

O. Leonid, nawet pomimo ścisłej izolacji, interesował się nadal tym, co się dzieje w sprawach kościelnych. Znamy jeden jego list, pisany z Sokolnik 27 maja 1923 r. do generała zakonu ojców Jezuitów, w którym broni szefa ratowniczej misji papieskiej, o. Walsha, przed zarzutami i intrygami, jakimi niektóre jednostki chciały go kompromitować.

W więzieniu o. Leonid pozostawał do końca kwietnia 1926 r., skrócono mu bowiem więzienie na podstawie jakiejś amnestii. Już wcześniej, prawdopodobnie dzięki staraniom czynników zagranicznych, przede wszystkim Stolicy świętej, nieco złagodzono mu warunki życia. Podczas przejazdu przez Moskwę autorowi niniejszego artykułu udało się widzieć się z nim w Sokolnikach. Był już wtedy bardzo zmęczony, pragnął wiadomości o swojej małej owczarni, a gdy dowiedział się, że po wysłaniu za granicę ks. W. Abrykosowa pozostał na wolności tylko jeden kapłan katolicki wschodniego obrządku (ks. Siergiej Sołowiow), prosił, aby go on odwiedził i przyniósł mu Najśw. Sakrament. To udało się uskutecznić.

W końcu kwietnia 1926 r. o. egzarchę zwolniono z więzienia w Sokolnikach i pozwolono mu obrać sobie miejsce zamieszkania, z wyjątkiem sześciu miast głównych (nazywa się to w Sowietach: „minus sześć"). O. Leonid wybrał miasto Kaługę, niegdyś gubernialne. Przed udaniem się tam udało mu się zatrzymać tydzień w Moskwie, gdzie odprawiał nabożeństwa W. Tygodnia, jutrznię i Liturgię Wielkiej Nocy razem z o. Siergiejem Sołowiowem w kościele na Gruzinach.

Po przybyciu do Kaługi zamieszkał najpierw u ks. proboszcza J. Pawłowicza, potem wynajął sobie osobne mieszkanko. Zdrowie jego poprawiło się tak, że nawet mógł kąpać się w rzece Oce (Oka), ale cierpiał dalej na reumatyzm i nie otrząsł się jeszcze od powietrza więziennego. Liturgię celebrował w parafialnym kościele łacińskim, odprawiając ją zawsze z wielkim skupieniem ducha i pobożnością, zachowując „styl" w śpiewach i w obrządku; usługiwał mu do tych celebr, p. A. K., pochodzący z staroobrzędowców. Korzystając z wolności o. Egzarcha zajął się natychmiast studiowaniem starosłowiańskiej liturgii; książki częściowo zdobywał u miejscowego duchowieństwa prawosławnego, część zakupił u „bukinistów" i prosił, aby mu przysłano z Petersburga jego bibliotekę. Zażądał, by mu odesłano rękopis jego katechizmu, przechowywany w Petersburgu u p. N. Oprócz celebr począł w kościele wygłaszać kazania w języku rosyjskim. Mieszkańcy Kaługi, inteligenci i prości, chętnie słuchali tych kazań, tak że poczęto wprost nazywać o. Leonida „kaznodzieją". Wygłosił on cały cykl, obejmujący podstawowe prawdy wiary. Imponował w tych kazaniach ogromną erudycją, umiejętnością zaciekawiania i przekonywania słuchaczy. Niektórzy księża prawosławni prosili go o spisanie dla nich wygłoszonych kazań; o. Leonid dał im kilka. Zdarzyło się, że jeden „batiuszka", mający b. dobrą pamięć, dosłownie wygłosił u siebie kazanie o. Leonida o przyczynach niewiary, a starosta (przedstawiciel parafii) po nabożeństwie dziękował mu: „gdyby takich kazań batiuszka mówił więcej, nie szliby ludzie do kościoła na kazania o. Leonida, a to boję się, że tak ten „jezuita" przeciągnie ludzi na swoją stronę". Oprócz kazań o. Leonid urządzał jeszcze odczyty, biesiedy, w mieszkaniu proboszcza.

Ponieważ proboszcz z braku księży obsługiwał kościoły aż w dziesięciu miastach i bywał w Kałudze zaledwie przez jakiś tydzień w miesiącu, to o. Egzarcha pomagał mu nauczać dzieci i dorosłych, stając się jakby jego wikariuszem. Dusze szlachetne, religijne spontanicznie szukały jego towarzystwa; serce jego płonęło gorliwością dla swoich rodaków.

Rozpoczynająca się tak owocnie apostolska praca niedawnego Więźnia została niestety dość prędko udaremniona i przerwana - padł on znowu ofiarą swej gorliwości, dla której Kaługa wydawała się zbyt ciasnym polem. W lipcu O. Leonida zaprosił do Mohylowa dziekan, ks. J.Biełohołowy. O. Leonid oczywiście usłuchał i tam podążył. W dniu pewnej uroczystości kościół był przepełniony modlącym się ludem. O. Leonid miał kazanie. Lecz nie spoczywali także wrogowie Kościoła. Między nimi był biskup cerkwi tzw. „obnowleńczeskoj”, pozostający w bliskich stosunkach z G. P. U. Do nowego aresztowania Egzarchy może się przyczyniła depesza ks. Pawłowicza, zapytującego o. Leonida, kiedy powróci do Kaługi. Odpowiedzi na swoje pytanie nie otrzymał i dłuższy czas nikt nie wiedział co się stało z Egzarchą. Znikł on bowiem z Mohylowa bez śladu, a razem z nim znikł dziekan Biełohołowy. Powoli rzecz się wyjaśniła, Mimo, że o. Leonid wyjechał z Kaługi za pozwoleniem miejscowej władzy, w Mohylewie aresztowano go jako bezprawnie tam przybyłego. Obydwóch kapłanów wywieziono do Moskwy, gdzie w jesieni (w październiku ?) otrzymali wyrok, skazujący ich na roboty przymusowe na Wyspach Sołowieckich. Brak miejsca nie pozwala nam na szczegółowe opisywanie tego nowoczesnego piekła, jakie przedstawiają owe głośne dziś na cały świat wyspy. Dawniej słynęły one swoim klasztorem prawosławnym.

Sołowiecki klasztor znajduje się na dalekiej północy i jest położony na wyspach: Sołowki, Anser, Muksalma i Zajęczych na Białym Morzu. Ufundowany w 1429 r., w latach 1548 - 1566 miał za przełożonego Filipa, który potem jako metropolita moskiewski piętnował okrucieństwa Iwana Groźnego i za to został uduszony przez jednego z jego „opriczników”. Klasztor Sołowiecki z powodu swego położenia strategicznego został ufortyfikowany: pobudowano baszty i mury obronne. Bolszewicy skasowali klasztor, a zabudowania jego i wogóle całe wyspy obrócili na miejsce zesłania i robót przymusowych dla „politycznych" i niepolitycznych przestępców.

Przybywszy na miejsce zesłania, Egzarcha dostał się najpierw do obozu koncentracyjnego „karantynu", gdzie umieszczono go razem z zwykłymi przestępcami kryminalnymi. Po dwóch tygodniach przeniesiono go do byłego klasztoru na głównej wyspie. Tam powierzano mu tak "zaszczytne" zajęcia, jak stanie na warcie, jak obowiązki portiera, stróża podwórzowego (dwornika), zamiatacza; pracował także w kancelarii obozu.

Na Sołowkach zastał już wielu kapłanów katolickich, wśród nich także swoich podwładnych księży wschodnich, jak również siostry zakonne z rozgromionego w Moskwie zgromadzenia Dominikanek wschodnich. Liczba kapłanów wciąż rosła. Znalazł się tam również jeden z biskupów katolickich, ks. Bolesław Słoskan. Zesłańcom kapłanom udało się odszukać na wyspie, w lesie nad morzem, opuszczoną kaplicę prawosławną .św. Hermana, z której urządzili świątynię, gdzie wczesnym rankiem, przed udaniem się na roboty, mogli odprawiać mszę świętą. Z kaplicy tej korzystał także Egzarcha, starając się nie opuścić żadnego dnia bez Liturgii. Chleb i wino mszalne musiano zdobywać z wielkim trudem i podziwu godną przemyślnością. O. Leonid zauważał, że to może są jedyne Liturgie katolickie w obrządku wschodnim na całym obszarze Rosji, te jakie się odprawiają w tym miejscu kaźni. O. Fiodorow powiększył nawet liczbę kapłanów, na jego bowiem przedstawienie jako Egzarchy obrządku wschodniego, ks. biskup Słoskan wyświęcił w kaplicy św. Hermana na kapłana ks. Donata Nowickiego z Moskwy. To wyświęcenie jednak, wyśledzone przez władze więzienne, stało się przyczyną zamknięcia kaplicy, wskutek czego księża poczęli sobie radzić inaczej, odprawiając msze w nocy na odnalezionym dużym kamieniu w gęstym lesie, życie eucharystyczne bowiem było jedyną pociechą tych skazańców.

Ciężkie warunki życia nie złamały ducha ani gorliwości o. Leonida, pouczał on swych współwięźniów i zachęcał do wytrwania. Dla najbliższych sobie Rosjan, katolików wschodnich, był prawdziwym ojcem, „słoneczkiem, które przyświecało im w życiu duchownym, ich chlubą". W stosunku do księży łacińskich zawsze serdeczny, pogodny, pełen pokory i ducha Bożego. I kapłani prawosławni, i pewien biskup, z którymi dzielił mieszkanie, wszyscy twierdzili, że wiele nauczyli się od niego. Nie ustawał on pouczać, że „cierpienia na Sołowkach to ofiara za schizmę wschodu, a krzyż ten trzeba nieść w cierpieniu — służąc jako nawóz dla przyszłego duchowego odrodzenia Rosji". W roku 1929 na księży spadła surowa represja, głównie za ich praktyki religijne. W czerwcu tego roku całą tę „komunę duchowną" wysłano na północ, na wyspę Anser, gdzie był opuszczony klasztor Golgotna. Warunki „mieszkaniowe" tam znacznie pogorszyły się; w izbie od trzech do czterech metrów długości musiało się zmieścić przeszło a dwadzieścia osób. Ale i w tych warunkach nie zaniechali księża odprawiania Mszy św. Odprawiali ją w nocy, jeden po drugim, w ciasnym i niskim kącie na strychu, majaczą ołtarz jakąś pakę; musiano klęczeć przy niej, bo na pozycję stojącą nie było miejsca.

Po odbyciu trzechletniego więzienia w obozie koncentracyjnym na Sołowkach z o. Leonid został zesłany na osiedlenie do okręgu Archangelskiego znowu na 3 lata. Zamieszkał wtedy na wsi o kilometr od o miasta Piniegi, wynajmując jeden pokoik p u gospodarza razem z zakonnikiem prawosławnym, o. Parteniuszem Kruglikowym. Szczegóły z życia o. Leonida na tym nowym zesłaniu znane nam są z listu ks. W. Ugina, znajdującego się podówczas w pobliżu także na zesłaniu. List pisany jest do o. St. Łaskiego TJ. Przebywając pod Piniegą, o. Leonid często obcował z Rosjanami prawosławnymi, z inteligencją i z prostaczkami, udzielał też wskazówek i uwag kapłanom łacińskim co do metod pracy wśród Rosjan. W chwilach wolnych od robót fizycznych wciąż pracował umysłowo. Władze więzienne odebrały mu na Sołowkach jego skrypty, to samo powtórzyły na zesłaniu tutaj. Ale on nie zrażał się i pracował dalej. W Piniedze pozyskał dla Kościoła pewnego pułkownika armii carskiej wraz z rodziną. Bardzo często o. Leonid zaglądał do miejscowego księdza prawosławnego w Piniedze, korzystał z jego biblioteki. Również ten ostatni, jak i gospodarz wspominali o. Egzarchę jako człowieka wyjątkowego, niezwykłej dobroci, szlachetności, nauki i prostoty. Z Sołowek wolno było wysyłać dwa listy na miesiąc, z zesłania pod Piniegą mógł o. Leonid zawiązać korespondencję na większą skalę, listy jego były bogate co do treści i pełne prostoty i ducha Bożego. Pociechą dla o. Leonida była na wsi, jak i w obozie, rosyjska łaźnia, w której mógł się - obyczajem rosyjskim - „poparytsia wieniczkom” - miotłą z brzozowych liści.

Proboszcz w Piniedzie, również jak współlokator o. Leonida, o. Partenjusz, wyrażali się, że tacy ludzie, pełni zapału, są niepożądani nie tylko dla bolszewików ale i dla Kościoła prawosławnego, gdyż taki „zapaleniec" może sprawić wielki wstrząs w Kościele prawosławnym. Sam proboszcz mówił o sobie: „jeśliby o. Leonid dłużej tu pozostał, wątpię czy byłbym w stanie utrzymać swe owieczki, gdyż i moje wierzenia są niemało zachwiane". A o. Parteniusz (z którym w latach następnych mieszkał ks. Ilgin), zwolennik cerkwi patriarszej, podziwiając mądrość, roztropność, łagodność, pokorę, wyrozumiałość i współczucie o. Leonida, podkreślał niebezpieczeństwo dla prawosławia z obcowania z nim: „eto wołk, kotoryj możet pogubit owczarniu". O. Leonid zawsze się dzielił wszystkim z bliźnimi. Odznaczał się gościnnością, zapraszał do siebie „na herbatkę". Sam ją przyrządzał podkreślając z dumą, że u niego herbatka niezwykła: „czajok z pietuszkom" (miał ciepłe przykrycie na imbryku - kogucika).

Bardzo często odwiedzał miejscowych chłopów prawosławnych, uczył ich religii; znali go wszyscy i starzy i dzieci - nad którymi jednak czuwało oko nauczyciela-bolszewika. Każdemu umiał poradzić, roztropnie, nie ubliżając nikomu w niczym.

Dwa lata o. Leonid cieszył się względnym spokojem; w 1931 r. jednak znów go uwięziono i przesłano do rozporządzenia centralnych władz w Archangielsku. Tam ściślejsza izolacja, groźby rozstrzelania, poczym wysłanie go do Ustkułomy (Usćsysolsk), a stąd do Kotlasu w okręgu Wołogodzkim. Jeszcze w zsyłce pod Piniegą o. Leonid czuł się na zdrowiu gorzej, częściej się zwracał do lekarza. Lekarz, również więzień polityczny, okazywał zainteresowanie i współczucie względem chorych więźniów. W Kotlasie GPU uznało o. Leonida za inwalidę - i odtąd zwolniono go od przymusowych robót. Życie w Kotlasie, szczególnie dla „niepracujących" było niespokojne, często robiono na nich „obławy", rewizje. W czasie tych obław o. Leonid też był chwytany, ale szczęśliwie nie doznał większych przykrości, ani nowych zsyłek. Wtedy dla większego spokoju i pewności zamieszkał 1932 r. we wsi Połtawa o przeszło 15 km odległej od Kotlasa. Od wiosny tego 1932 roku wznowiła się dla o. Leonida możność korespondowania. Jeden z jego korespondentów, ks. W. Ilgin, na wiosnę 1933 wyjechał do Polski. Warunki życia dla zesłanych były nadal bardzo ciężkie, można było dostać na rządową kartkę cztery kilogramy mąki na miesiąc i nic więcej. Więc o. Leonid musiał starać się o nabywanie jakichś produktów w Kotlasie na targu. Jedno jajko kosztowało rubla (2 zł.), szklanka mleka pól rubla; mięsa nie było, chleba kupić było bardzo trudno, bo włościanie sami żywili się jakimiś surogatami chleba. Wioska znajdowała się za rzeką i komunikacja była uciążliwa. Taki tryb życia całkiem zrujnował siły o. Leonida. Już w 1927 r. chorował on na serce, przed zamieszkaniem w Kotlasie miał coś w rodzaju astmy, trudno było mu mówić. Chorował też na żołądek (gastryt), cierpiał na ischias.

Jak sam o tym świadczył, bolszewicy podejmowali próby, aby go usposobić przychylnie względem siebie, jak to starają się czynić z każdym więźniem, ale o. Leonid okazał się niezłomnym. Niedomagania, cierpienia fizyczne nie potrafiły go złamać. Bolszewicy już od 1923 r. wiedzieli dobrze, że w jego osobie mają niezwykłego żołnierza Chrystusowego. Nie stosowali do niego szczególnych represji, by prędzej sprzątnąć go z areny życia, ale zatrzymywali go pod swym opiekuńczym skrzydłem... Unieszkodliwienie człowieka było osiągnięte! Na jesień 1933 r. o. Leonid już nie miał sił, by chodzić pieszo i podążać na statek i musiał przenieść się z powrotem do Kotlasa. Teraz nie mógł już chodzić, lecz posuwał się, mówił pomału i szeptem, dusił go okropny kaszel. W pierwszym roku pobytu w Kotlasie pomoc w postaci paczek żywnościowych otrzymywał rzadko, potem dostawał pomoc przez „towarzystwo więźniów politycznych, którego przewodniczącą jest E. Pieszkowa (żona Gorkiego). Mógł też otrzymywać pomoc przez „Torgsin” i Czerwony Krzyż (Szwajcaria), ale zanadto złamanemu zdrowiu nic już nie pomogło.

Termin zesłania ukończył się w sierpniu 1932 r., ale o. Leonid nie mógł doprosić się zaświadczenia od O.G.P.U. o ukończeniu kary zesłania. Dopiero w listopadzie czy październiku 1933 r. otrzymał poświadczenie, ale... o przedłużeniu tego terminu. Dali mu teraz „minus 12" na trzy lata!

Wybrał na mieszkanie Wiatkę, gdzie spodziewał się znaleźć znajomych i życzliwych ludzi z dawnych lat. Spodziewał się, że i warunki klimatyczne będą tam lepsze. Ponieważ jednak był bardzo chory, więc uzyskał pozwolenie pozostania przez pewien czas jeszcze w Kotlasie. Wyjechał stamtąd pod sam koniec 1933 r. Nie mógł już sam w drogę wyruszyć, ludzie życzliwi, przyjaciele, odwieźli go do Wiatki.

Termin tego nowego osiedlenia miał skończyć się w październiku czy w listopadzie 1936 r. O. Leonid robił starania, aby mu wliczono czas pomiędzy terminem zesłania w Kotlasie a nowym przybyciem do Wiatki. W Wiatce był bardzo chory, ledwie mógł mówić, jak donosił piszącemu naoczny świadek, (który jednak prosił o nie wymienianie jego nazwiska). Trudno było patrzeć na jego cierpienia. Z początku pozbawiony opieki, ale potem rodzina, u której zamieszkał, poznała w nim człowieka Bożego, bardzo go polubiła i pielęgnowała, jak umiała. Ukończenia terminu tego wygnania już się Fiodorow nie doczekał. W czwartek, 7 marca 1935 r., kończył swój męczeński żywot. Kończył w tym mieście, w którym umarło przed nim paru wygnanych za caratu biskupów katolickich. Umierał w opuszczeniu, nie mając przy sobie kapłana, któryby mu udzielił ostatnich Sakramentów. Litościwi gospodarze jego pogrzebali go sami...

Egzarcha Leonid Fiodorow umarł i w opuszczeniu, ale nie można powiedzieć, że swą krzyżową drogę przeszedł nieznany. W czasie rozprawy moskiewskiej w r. 1923, w liście do ks. Metropolity Szeptyckiego pisał, że „sam wygląd jego zewnętrzny” robił wrażenie.

„Wśród sutann łacińskich i golonych twarzy księży wyróżnia się moja broda, nasuwając pytania: co to? więc są tacy katolicy? Do najodleglejszych kątów Rosji dotrze wiadomość o tym sądzie, a z nią wieść o rosyjskim Kościele katolickim i jego egzarsze. Ponieważ wiem, że już jesteśmy osądzeni i nie może być mowy o sprawiedliwości, postaram się wyjść z tego położenia z honorem". Wiadomość o istnieniu rosyjskiego katolicyzmu niósł o. Leonid osobiście do wszystkich miejscowości, dokądkolwiek go pędziła przemoc bezbożna.

Biskup Bolesław SłoskanNie pozostanie ten wyznawca i apostoł katolicyzmu rosyjskiego nieznanym w historii Kościoła (został beatyfikowany w 2001 roku przez Jana Pawła na Ukrainie). Już w roku 1930, w słynnym liście do kard. Pompili, wymienił Pius XI jego nazwisko, jako „Naszego reprezentanta dla obrządku słowiańskiego", obok biskupów Słoskana i Frizona, - wszyscy ci trzej przedstawiciele Stolicy Apostolskiej w Rosji znajdowali się w więzieniach lub obozach przymusowej pracy za wierność swą Chrystusowi i Jego Kościołowi.

Dopiero dwa miesiące upłynęły od dnia, kiedy nadeszła wiadomość o zgonie ś.p. egzarchy Leonida Fiodorowa, zmarłego w Wiatce 7 marca 1935 r. W tak krótkim czasie nie było można zebrać wyczerpujących materiałów do biografii zmarłego; może z czasem dopiero wyjdą na światło dzienne jakieś pamiętniki, pisane przez niego samego lub ludzi, którzy mieli sposobność zetknąć się z nim, może uda się ogłosić jego korespondencję. Wtedy przyjdzie czas na wyczerpujące studium o Człowieku, mającym wyjątkowe znaczenie dla historii katolicyzmu w Rosji. Tymczasem już teraz podwójny obowiązek: uczczenia pamięci Zmarłego i wywiązania się z obietnicy "Oriensu", zniewala do podania chociaż krótkiego życiorysu.

Lichariewa Zofia, Egzarcha Leonidas Fiodorow, w: Oriens 1935, numery 3-5.

Por.: Bł. Leonid Fiodorow – prawosławny katolik

Diakon Bazyli OSB: Leonid FiodorowDiakon Bazyli OSB: Leonid Fiodorow

Zaprezentowana przez te dwie fotografie książka, to obszerna biografia bł. Leonida, egzarchy Rosjan grekokatolików, na tle ówczesnych kościelnych i państwowych warunków. Materiały w niej przedstawione dają nadzwyczaj ważny i ciekawy pogląd na działalność Kościoła Katolickiego w ówczesnej Rosji, Białorusi i Ukrainie. Liczy ona 833 stronice, jest formatu prawie A4, autorem jest diakon Bazyli, benedyktyn z Niederalteich w Niemczech, napisana jest języku rosyjskim. Dla interesujących się tą problematyką jest wspaniałą lekturą. Książka posiada Imprimatur Władzy Kościelnej.

Źródło: o. archim. Roman Piętka MIC, www.cyrylimetody.marianie.pl

Zobacz też: W służbie jedności Kościołów
Ostatnia aktualizacja ( Saturday, 27 February 2010 )
< Poprzedni   Następny >

stat4u